SOLARIGRAFICZNE EKSPERYMENTY

[Justyna Jabłońska]

Kiedy przed kilkoma miesiącami z zapałem budowaliśmy aparaty otworkowe by przeprowadzić islandzki eksperyment solarigraficzny, liczyliśmy na zaskakujące rezultaty zdjęć z „odciśniętym” światłem, jako śladem pozornego ruchu słońca po nieboskłonie. Zafascynowała nas sama idea obserwacji czegoś niedostrzegalnego oraz przewrotne „uwiecznianie” na zdjęciu islandzkiego krajobrazu (który jak każdy wie powala swym pięknem! Seriously!) jakby przypadkowo, bez patrzenia w obiektyw. Co więcej, zapragnęliśmy utrwalić obrazy metodą, która w swej naturze ma ulotność i kruchość (gwoli przypomnienia: długoterminowo naświetlany papier fotograficzny wymaga zeskanowania, w innym wypadku obraz blaknie aż do całkowitego zniknięcia). Oto my – przybysze z Polski – mieliśmy pokazać jak „postrzegamy” Islandię, mając jedynie niewielki wpływ na to, jak Islandia i jej fascynujące zjawiska świetlne zaprezentują się na skrawkach papieru fotograficznego, uwięzionego w plastikowym opakowaniu po filmowej kliszy, przepełznowszy najpierw

przez milimetrowy otworek w blaszce aluminiowej.

fot. Katarzyna Waletko

Uzbrojeni w nożyczki i opaski zaciskowe (potocznie zwane „trytytkami”) z mapą w dłoni (by zaznaczyć gdzie skitraliśmy nasze skarby) spacerowaliśmy po Reykjavíku myśląc o nich pieszczotliwie: „plasterki wycięte z czasoprzestrzeni”, „kosmos uwięziony w pudełku”, „obserwacje niedostrzegalnego”… Okazało się, że znalezienie odpowiedniego miejsca – z odpowiednim widokiem, wystarczająco ukrytego przed wzrokiem ciekawskich, właściwe ustawienie otworka względem słońca i porządne przymocowanie go, bywa wyzwaniem. Potem już tylko wyczekaliśmy – dzień, tydzień, miesiąc  i dłużej aż czas na dobre

zaklęty zostanie na papierze.

Świadomi sporego ryzyka, że aparaty otworkowe (pieszczotliwie zwane „solarkami”) mogą nie przetrwać próby czasu (minimum trzech miesięcy) oraz surowych – nawet latem – warunków atmosferycznych panujących na wyspie (silny wiatr, deszcz i burze) i narażone są na – w tym wypadku – destruktywne, powodowane ciekawością, działania innych ludzi (zwyczajnych przechodniów lub służb porządkowych) czekaliśmy cierpliwie. W końcu przy sprzyjających warunkach mieliśmy szansę uzyskać zupełnie nieprzewidywalne fotografie, które miały nie tylko nas zadziwić, lecz także utworzyć imponujące obrazy Islandii, widzianej okiem naszych otworkowych kamer. Niełatwo też później, po kilku tygodniach, otworki odnaleźć, szczególnie, że w cały proces zaangażowanych było kilka osób. Nie wspominając już o fali rozczarowania, która uderza boleśnie, gdy zorientujemy się, że po otworku zostały tylko resztki w postaci smętnie zwisających wąsów opasek zaciskowych, które nie oplatają już w miłosnym uścisku czarnego ciałka aparatu…

fot. Ewa Marcinek

 

 

fot. Katarzyna Waletko

 


 

fot. Monika Supruniuk

A na koniec emocje i odfotografowanie. Po huśtawce emocji towarzyszącej poszukiwaniu (znów z mapą w ręku) oraz zdejmowaniu aparatów i bezpiecznym przetransportowaniu ich do Polski (bywa, że dziwnym kształtem wzbudzają ciekawość celników) oraz wydobyciu ze szczelnie  zamkniętego opakowania i wysuszeniu, nastąpiło „odfotografowanie” przy użyciu skanera. Na koniec jeszcze kilka ruchów myszką w programie graficznym (kadrowanie, odbicie lustrzane, odwrócenie kolorów) i naszym oczom pojawił się długo wyczekiwany pozytyw.

 

img052
Solary islandzkie

 

Solary
Solary islandzkie

Uzyskane obrazy miały nas zaskoczyć bogactwem barw (mimo że powstają na papierze do fotografii czarno-białej!): błękitów, zieleni, brązów, różów, czasem intensywnych, innym razem pastelowych. Czujemy się zaskoczeni! O ile kolorystyka naszych „solarków” pozostawia wiele do życzenia (w niektórych przypadkach nie występuje – niestety – wcale), o tyle mechaniczna destrukcja, spływająca lub zagrzybiona emulsja, zdecydowanie wniosły dodatkowe, zupełnie nieprzewidywalne efekty, które w kilku przypadkach zupełnie zdominowały, a wręcz zaciemniły obraz. Podejrzewamy, że reszcie, licznej części otworków, które w ogóle się nie naświetliły, nie dana była wystarczająca ekspozycja na jesienne islandzkie światło i inne czynniki nieszczęścia.

 

No cóż, ostatecznie był to tylko eksperyment, którego nie omieszkamy powtórzyć!

 

 

Dziękujemy serdecznie: Otworowi w Mieście, Ewie Marcinek, Lilii Matiuk, Beate Körner, Stasiowi Zawadzie, Monice Supruniuk, Magdalenie Tomaszewskiej, Markowi „Snowmanowi” Jasińskiemu (www.solarigrafia.pl).

 

Otworkowa ekipa Ultima Thule : Justyna Jabłońska, Kasia Waletko, Agnieszka Kluczek, Marlena Gabryszewska

 

 

Wiecej o solarigrafii można przeczytać TUTAJ.

 

Linki:

http://www.solargraphy.com/

http://www.peuta.republika.pl/kula/projekty/solaris.htm

http://www.galeriaff.infocentrum.com/2005/decyk/decyk_p.htm

http://free.art.pl/solaris/solaris/Solaris.html

http://www.marcinkysiak.pl/albums/plfoto/solarigrafia

http://www.solarigrafia.com/

http://snowman.plfoto.com/