„Zbieram różne historie, a potem je wykorzystuję”. Wywiad z Grímurem Hákonarsonem

Islandzki reżyser Grímur Hákonarson urodził się w 1977 roku. Jest absolwentem słynnej FAMU – szkoły filmowej w Pradze, którą ukończył w 2004 roku. Już jego   dyplomowy film „Slavek the Shit”  przyciągnął uwagę międzynarodowej publiczności. Obraz wybrano  m.in. do sekcji Cinéfondation podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes w 2005 roku, otrzymał też 12  festiwalowych nagród, w tym Srebrnego Hugo na festiwalu w Chicago. Jego kolejny krótki film „Zapasy” miał swoją światową premierę na festiwalu w Locarno w 2007 roku i stał się jednym z najczęściej nagradzanych krótkometrażowych filmów islandzkich. Zdobył na całym świecie ponad 25 nagród.

Islandzka opowiesc_2
Barany. Islandzka opowieść

Grimur, chyba muszę od tego zacząć, czy masz brata?

Tak, mam, jest starszy ode mnie o dwa lata. Rozmawiałem z nim kilka dni temu w sprawie dokumentów dla naszego księgowego. Tak więc mamy ze sobą kontakt, jesteśmy przyjaciółmi,  współpracujemy. W przeciwieństwie do naszych filmowych braci.

„Barany. Islandzką opowieść” napisałeś bazując na wspomnieniach z dzieciństwa…

To prawda. W filmie są sceny, które zaczerpnąłem ze swoich dziecięcych wspomnień. Jedną z nich jest między innymi ta, w której Gummi obcina sobie dużymi nożyczkami paznokcie u stóp. Jako mały chłopiec natknąłem się raz na mojego dziadka, który siedział  cały nagi w pokoju i robił dokładnie to samo. On jeszcze oglądał przy okazji telewizję.  Mieliśmy też sąsiada farmera, alkoholika, który zawsze pił w owczarni. Kiedy już skończył, wyrzucał puste butelki przez okno. A ja, jako mały chłopiec, zbierałem je później walające się po ziemi. To na nim właśnie wzorowana jest postać Kiddiego. Natomiast jeśli chodzi o samą historię, którą opowiedziałem na ekranie, to faktycznie coś podobnego naprawdę się wydarzyło. Było dwóch braci, którzy nie rozmawiali ze sobą od ponad czterdziestu lat.  Z tym  że w ich przypadku poszło o kobietę. Obaj kochali się w tej samej dziewczynie, jednak ona nie chciała żadnego z nich i uciekła z trzecim. Bracia mieli wspólną ziemię, więc wybudowali na niej dwa domy, ale bez okien wychodzących na dom jednego i drugiego.

Co jednak bezpośrednio przyczyniło się do tego, że najpierw napisałeś tę fabułę?

Lubię kręcić filmy, które o czymś mówią. Tutaj chciałem pokazać, jak ważne są relacje między ludźmi. Kiedy nawet tak bardzo uparci islandzcy hodowcy owiec, w sytuacji kryzysu z zewnątrz, potrafią się zjednoczyć. Poza tym lubię w swoich filmach łączyć elementy dramatu i komedii. Wydawało mi się, że taka sytuacja, gdzie dwóch bohaterów mieszka blisko siebie, ale ze sobą nie rozmawiają od wielu lat, da mi kilka możliwości  pokazania  humorystycznych aspektów takiego stanu rzeczy. A jednocześnie chciałem zwrócić uwagę na głębszy wymiar tej relacji.

Islandzka opowiesc_1
Barany. Islandzka opowieść

Nie bez znaczenia jest też fakt, że w Twoim filmie chodzi o hodowców owiec. W Islandii owce stanowią część tradycji, kultury wyspy. W ogóle osobliwa jest więź między ludźmi  a zwierzętami, co pokazywał też film „O ludziach i koniach” Benedikta Erlingssona.

To prawda. Zresztą kiedy film Erlingssona wchodził na ekrany, ja byłem w trakcie pisania scenariusza do „Baranów”. I faktycznie, jeden obraz pokazuje relacje człowieka z końmi, a drugi z owcami. Oba te gatunki miały też, i mają, szczególne miejsce w historii Islandii. Przez całe wieki ludzie żyli głównie dzięki hodowli owiec. Z kolei konie były podstawowym środkiem transportu. Co ciekawe, związek między owcami a ludźmi wciąż jest dość szczególny, o czym nikt wcześniej nie nakręcił żadnego filmu. Ja tymczasem osobiście znałem takich ludzi, dla których owce były ich całym życiem. Stąd nasi filmowi bracia, którzy reprezentują rolnicze pokolenie  tak zwanej  starej daty. A trzeba   podkreślić, że rolnictwo bardzo się w Islandii zmieniło na przestrzeni ostatnich lat. Jeszcze 100 lat temu większość Islandczyków utrzymywała się z rolnictwa i właśnie hodowli. W tej chwili ludzie częściej wybierają życie w mieście. Na tym tle nasi bracia są jakby wyjęci z przeszłości.

0168_g2ksumarland
Summerland

To już Twój drugi film, w którym tak istotną rolę odgrywa tradycja. W „Summerland” odnosiłeś się do wierzeń w elfy. Tutaj, jak sam mówisz, przywołujesz rolę owiec w życiu i historii Islandii. Robisz to po to, aby ta tradycja nie przeminęła, aby ludzie o  niej pamiętali?

To prawda, lubię i interesuję się przeszłością. Sam, mimo  że nie jestem jeszcze stary, to czuję się jakbym należał do pokolenia moich dziadków. Może dlatego inaczej patrzę na historię, naszą kulturę. Zgłębiam ją, poznaję i nie ukrywam, że mnie to fascynuje. Wiem na pewno, że nie nakręcę komedii romantycznej. Natomiast w przyszłości chciałbym zrealizować film historyczny. W pewnym sensie jestem podobny do ekranowych braci. Też jestem mocno zakorzeniony w przeszłości. Lubię ponadto sięgać po filmowych bohaterów, których można nazwać ekscentrykami, ludźmi pozostającymi na marginesie głównego nurtu. Po prostu outsiderów. Ale interesuje mnie też kino polityczne…


 

Summerland
Summerland

To dlatego można tutaj znaleźć aluzję do kryzysu, jaki kilka lat temu dotknął Islandię?

Wiele osób mnie o to pyta. Czy trzęsawka, na którą zaczynają chorować owce, to metafora brytyjskich bankierów, którzy doprowadzili do kryzysu w Islandii. Trzeba pamiętać, że kołowacizna pojawiła się na Islandii za sprawą brytyjskich owiec, które przywieziono tu pod koniec XIX wieku. Ale nie, nie było to moim zamiarem. Ja chciałem opowiedzieć historię dwóch braci i owiec. To wszystko.

Skoro o owcach mowa. W środowisku filmowym panuje powszechna opinia, że najtrudniej pracuje się z dziećmi i zwierzętami. Dzieci w Twoim filmie właściwie nie ma, za to są owce…

Tak naprawdę praca z owcami na planie okazała się dużo łatwiejsza, niż się spodziewałem. Było parę osób, które ostrzegało mnie, że czeka mnie prawdziwy koszmar, ale na szczęście tak źle nie było. Faktem jednak jest, że dużo czasu spędziliśmy na znalezieniu odpowiednich owiec. A jak wiadomo, połowa sukcesu filmu  to odpowiednia obsada. Nie jestem też do końca pewien, czy owce wiedziały, że występują w filmie, ale tak czy inaczej spisały się bardzo dzielnie. Chodziły tam, gdzie chciałem, nie bały się ludzi, robiły dokładnie to, co zaplanowałem. Tylko w jednym przypadku mieliśmy pewne trudności. Chodzi o scenę seksu między owcami, która miała być nakręcona w jednym ujęciu. Założenie było takie, że baran  zmienia „partnerki”. Niestety, finalnie musieliśmy ją nakręcić w trzech ujęciach, ponieważ -mimo iż baran miał do wyboru osiem owiec – zawsze podchodził do jednej i tej samej.

Islandzka opowiesc_3
Barany. Islandzka opowieść

Jak w takim razie poszło Ci z ludźmi? Na planie miałeś dwóch utytułowanych aktorów Sigurðura Sigurjónssona (Gummi) i Theodora Júlíussona (Kiddi). O obu można powiedzieć, że z wsią nie mają wiele wspólnego, a już na pewno z hodowlą owiec.

Nawet nie musiałem ich specjalnie przekonywać. Obaj potraktowali udział w filmie  jako szansę dla siebie. Tym bardziej, że na Islandii zbyt wielu filmów się nie kręci, a oni głównie grają w teatrze. Role Gummiego i Kiddiego nie dość, że są główne, to jeszcze bardzo wyraziste. Dla tych dwóch aktorów  to było jak wyzwanie. Gotowi byli się też całkowicie poświęcić. Na Islandii nie ma kaskaderów, więc wszystkie sceny wymagające niebezpiecznych ewolucji obaj aktorzy bez wahania brali na siebie. Dużo też się przygotowywaliśmy. Zabrałem ich na wieś, aby poznali prawdziwych farmerów, nauczyli się pracować przy owcach, zobaczyli jak wygląda życie na wsi.

Jest tutaj taka scena, w której Gummi odwozi koparką pijanego Kiddiego do szpitala, wioząc go na… przedniej łyżce… To Twój pomysł czy jednak podpatrzony?

Akurat samą scenę wymyśliłem, ale ma ona też swoją prawdziwą wersję. W rzeczywistości upiło się dwóch braci, a jeden zasnął na śniegu. Drugi zgarnął go właśnie na taką łyżkę, ale zawiózł nie do szpitala, a na jego farmę, pozostawiając go w środku  uniesionej łyżki. Kiedy  tamten się obudził, był mocno zdziwiony patrząc na świat z góry. Napisałem tę scenę, kiedy latem byłem na wsi. Piłem kawę z jednym z zaprzyjaźnionych farmerów, który opowiedział mi tę historię. Od razu pobiegłem do domu i przeniosłem ją na papier. To prawda, jestem takim obserwatorem rzeczywistości, zbieram różne historie, a potem je wykorzystuję.

Islandzka opowiesc_4
Barany. Islandzka opowieść

Twój film jest jak ballada, nie przegadana, pięknie zilustrowana, wzruszająco opowiedziana

Mam taki styl. Lubię kręcić filmy, które nie są przytłoczone dialogiem. Wolę używać innych środków, na jakie pozwala kino. Na tym polega zresztą główna różnica między kinem a teatrem. Teatr nie daje tylu możliwości inscenizacyjno-narracyjnych. Tymczasem ja – jako filmowiec – mam ten luksus, że mogę opowiadać historię  w dużej części obywając się bez słów.

Koniec „Baranów. Islandzkiej opowieści”  to – według opinii wielu krytyków – jedna z najbardziej wzruszających scen w kinie europejskim ostatnich lat…

Myślę, że należy go odczytywać w sposób symboliczny. Może nawet mityczny? Lepiej nie brać końca tego filmu jako tylko to, co w nim jest pokazane. Dla mnie kończy się on happy endem. Oczywiście można też sobie wyobrazić sequel filmu – „Barany. Islandzka opowieść II”, w którym owce schodzą z powrotem z gór i żyją sobie szczęśliwie w dolinie.

Dziękuję Ci za rozmowę!

Rozmawiał Artur Cichmiński